,

MODERNIZM W TRADYCYJNYCH SZATACH – x. dr Dariusz J. Olewiński

Autor:

W. Grygiel, należący formalnie do FSSP, udzielił ostatnio wywiadu, który sprawia wrażenie ofensywy po serii skandali związanych z jego działalnością, jak zwłaszcza jego celebracje polowe w ramach rekonstrukcji historycznej pod Grunwaldem, jego wręcz heretyckie tezy w wywiadzie z T. Terlikowskim, skandalicznie przygotowana i przeprowadzona celebracja kard. Burke‘a. Wypowiedź ta stanowi zarówno pewne wyjaśnienie, jak też poszerzenie i obronę znanych dotychczas poglądów i stanowiska tego duchownego. Dla przejrzystości będę się odnosił do poszczególnych fragmentów, komentując je.

Ta liturgia w szczególny sposób pozwala ludziom przekroczyć wymiar ziemski i rzeczywiście odczuć to, że jeśli wchodzę do kościoła, to wkraczam w inną rzeczywistość, rzeczywistość nadprzyrodzoną.

To zdanie zakłada zupełne obce teologii katolickiej pojęcie nadprzyrodzoności, właściwie okultystyczne. Wg teologii katolickiej nadprzyrodzoność jest synonimem boskiego działania, czyli dziedziny bezpośredniego wpływu Boga w świecie, w skrócie: Bożej łaski. Twierdzenie, jakoby fizyczne wejście do kościoła było wkroczeniem w rzeczywistość bezpośredniego działania Bożego jest absurdalne i fałszywe.

…jak wejdą, to doświadczą innej rzeczywistości, doświadczą transcendencji i to musi z pewnością tak przyciągać.

Podobny absurd, wychodzący od absurdalnego, nieteologicznego i niekatolickiego pojęcia transcendencji. Mówienie o „transcendencji” jako „innej rzeczywistości” odnośnie pomieszczenia sakralnego i liturgii nie ma nic wspólnego ani z teologią katolicką, ani nawet ze zdrowym rozsądkiem. Liturgia katolicka, już także pod względem miejsca, jest niczym innym jak wyrazem i realizacją natury Kościoła, która jest bosko-ludzka w znaczeniu Tajemnicy Wcielenia, czyli obecności Boga samego w rzeczywistości stworzonej. Mówi o tym chociażby Prolog św. Jana, który x. Grygiel odmawia chyba codziennie: „Przyszedł do Swojej własności, a Swoi Go nie przyjęli„. Rzeczywistość ziemska, widzialna, jest własnością Boga, który ją stworzył. Wg Bożego planu Zbawienia i teologii katolickiej nie ma innej drogi poznania Boga jak właśnie rzeczywistość stworzona, przez którą i w której miało miejsce Boże Objawienie. Celebracją czyli sakramentalną realizacją tego jest właśnie liturgia. Jednak doświadczenie Boga nie działa automatycznie – przez samo wejście do świątyni czy zewnętrzne uczestnictwo w liturgii – lecz zakłada akt wiary bądź przynajmniej podstawową dyspozycję ku niej. Powierzchownie, empirycznie-uczuciowo przyciągać ku liturgii tradycyjnej może jedynie atmosfera sakralno-modlitewna. Jednak z całą pewnością nie stanowi ona transcendencji, „innej rzeczywistości”, czy wręcz „rzeczywistości nadprzyrodzonej”.

Tak naprawdę my tę liturgię odtwarzamy po tych, którzy doświadczali jej jeszcze w latach 50-tych i 60-tych.

Nie jest jasne, czy jest to zarzut, czy stwierdzenie. Raczej zarzut. Jednak nic nie wskazuje na to, by x. Grygiel starał się sięgać głębiej, do korzeni liturgii. Widocznie dąży czy przynajmniej opowiada się za „modernizacją” liturgii tradycyjnej. Nie podaje konkretnych postulatów, więc pozostają przypuszczenia i domysły.

Myślę raczej, że ten śmiech może wypływać z tego, że w dość niewolniczy sposób przywiązaliśmy się do pewnych aspektów nie przynależących do istoty liturgii. I w tym miejscu sam mam wiele zastrzeżeń.

Tutaj znajduje się również jedynie ogólnikowe sformułowanie, aczkolwiek dość niepokojące. Co należy do istoty liturgii, a co nie należy? Czy chodzi o rozróżnieni z działu rubryk De defectibus? Czy może o podział widoczny w różnicach między liturgią tradycyjną a Novus Ordo? Wszak konieczne byłoby doprecyzowanie. Tymczasem należy odnotować problem: według teologii katolickiej, a także już nawet według filozofii klasycznej (arystotelesowsko-tomistycznej) nie można oddzielić istoty od formy, można je jedynie abstrakcyjnie odróżnić. Zarzut przywiązania do „pewnych aspektów” jest nie tylko zagadkowy, lecz wręcz niepokojący, zwłaszcza wobec następującego rozwinięcia, mimo że pozostaje ono nieprecyzyjne i zagadkowe.

Wydaje mi się, że znaczny problem tkwi w tym, że wśród części osób identyfikujących się z tym ruchem pokutuje przekonanie, że Msza Trydencka jest bardziej okazją do rekonstrukcji historycznej i uporczywej próby trwania w przeszłości, niż do głębokiego przeżycia religijnego prowadzącego gdzieś dalej.

Ten zarzut, nieco bardziej konkretny, zaskakuje. Czyż to nie x. Grygiel od lat praktykuje celebracje polowe w ramach rekonstrukcji historycznej na polach pod Grunwaldem, i to wbrew odwiecznym i nadal aktualnym regułom Kościoła co do miejsca celebracji? Brakuje wskazania osób i przykładów owej „uporczywej próby”. I brakuje też wskazania, jak wg autora wypowiedzi należałoby uskuteczniać Mszę Trydencką jako „okazję do głębokiego przeżycia religijnego”. Postulat oczywiście poniekąd słuszny. Niesłuszne natomiast i wręcz skandaliczne jest sugerowanie, jakoby komuś nie zależało na liturgii jako przeżyciu religijnym. Z istotnym zastrzeżeniem: z całą pewnością nie „przeżycie religijne” jest istotą liturgii, choć takie jest powszechne przeświadczenie i nastawienie rasowych modernistów. „Przeżywanie” jest jedynie aspektem, wymiarem emocjonalno-subiektywnym. Istotą jest przekazywanie prawdy Objawienia oraz urzeczywistnianie dzieła Zbawienia w sposób sakramentalny, czyli uświęcanie dusz. Temu – a nie przeżyciom – jest i ma być podporządkowana warstwa zewnętrzna liturgii. Zaś sugerowanie, jakoby wierność formie liturgii była w sprzeczności z właściwie rozumianym przeżywaniem liturgii, jest dość perfidnym zabiegiem. W tym miejscu należy jeszcze zwrócić uwagę na kwestię zasadniczą. Otóż w Kościele katolickim zasadniczym kryterium nie jest przeżycie religijne, lecz wiara w znaczeniu w przyjęcia Bożego Objawienia. Natomiast sprowadzenie wiary i pobożności do przeżycia religijnego jest właściwe dla protestantyzmu, modernizmu i typowych dla nich sekt i „ruchów”, zaś obce katolicyzmowi.

Nie ma szans, żeby ten ruch nabrał pędu jeśli będzie wiązał się tylko (…) zbyt silnie przede wszystkim z pewnym obrazem świata, który ta liturgia niesie ze sobą.

Znowu brak precyzji i konkretów. Dlatego oskarżenie ma wartość jedynie oszczerstwa, zaś postulat, ku któremu zmierza, jedynie charakter pułapki. Znając publiczne dystansowanie się x. Grygiela od filozofii arystotelesowo-tomistycznej, można się domyśleć, że o nią właśnie chodzi. Szkoda, że brak tutaj wyrazistości, przykładów i argumentów.  

Jestem zdania, że Msza Święta i liturgia jest ponad kontekstem historycznym, ponad pewnymi uwarunkowaniami kulturowymi, więc z racji tego, że dzisiejszy świat jest zupełnie inny niż świat, w którym powstawała liturgia trydencka, trzeba mieć dystans do wielu elementów, które nie stanowią treści liturgii, ale są tylko pewnymi obrazami przejętymi z kultury i zwyczajów danej epoki.

To jest typowy „argument” i postulat modernistów, reformatorów i notorycznych „unowocześniaczy” wszelkich dziedzin życia Kościoła, także liturgii. Chwytliwy, bo przecież nikt nie chce trwać w przeszłości i zacofaniu, każdy chce dorównywać poziomowi współczesności i być nastawionym przyszłościowo. Czyli chodzi o „argument” psychologicznie sprytny, aczkolwiek nieuczciwy, bazujący na fałszywych przesłankach. Sprowadzenie tradycyjnej liturgii do „kontekstu historycznego” jej powstania i to przy braku podania, co jest jej istotą, a co jedynie historycznie względnymi „elementami”, jest intelektualnie i argumentacyjnie wybitnie nieuczciwe, wręcz żenujące już pod względem czysto formalnym. Niemniej fałszywe jest to zdanie pod względem merytorycznym. Otóż wszystko w sakramentach (i tym samym w liturgii) jest uwarunkowane historycznie, także – wg klasycznego rozróżnienia – ich zarówno istotna materia jak też forma. Wynika to z natury i istoty sakramentów Kościoła: są one historycznie ustanowionym urzeczywistnianiem, czyli historycznie wydarzającym się uobecnianiem historycznych wydarzeń historii Zbawienia. Przykład: już nawet użycie chleba i wina jest niczym innym jak właśnie zastosowaniem historycznie uwarunkowanych materii z wydarzenia sprzed 2000 lat. Jeśliby odrzucić te ewidentnie historycznie uwarunkowane elementy, to cóż pozostanie jako „istota”? W takowym myśleniu historycznym (właściwie ahistorycznym czyli gnostyckim) konsekwentni są skrajni moderniści postulujący sprawowanie „Eucharystii” z materiami typu chipsy i coca-cola. No cóż, nie wiem, czy x. Grygiel zdaje sobie z tego sprawę. W każdym razie powinien był solidniej przemyśleć swoją wypowiedź. Czy do „nieistotnych elementów” zalicza coś innego? Dlaczego nie określa, o co mu chodzi? Dlaczego pozostawia czytelników z niepewnością i domysłami? Popatrzmy dalej.

Dużym problemem są osoby, które przywiązują zbyt wielką wagę do rzeczy zewnętrznych. To często robi czarny PR tej liturgii. Rozumiem, że można się spierać o estetykę liturgii i że można się spierać o zgodność celebry z rubrykami. Dziś jednak jednym z problemów tych środowisk jest to – przepraszam, że to ujawniam, ale uważam, że trzeba pewne rzeczy nazwać – że dochodzi do zrównania i pomieszania istoty z zewnętrznym wyrazem, czego wynikiem jest to, że liturgia staje się dla nich celem i bożkiem samym w sobie, a nie jest drogą do prawdziwego spotkania z Bogiem.

Tutaj x. Grygiel jest już nieco bardziej konkretny. Mówi o „rzeczach zewnętrznych”, mając na myśli „zgodność z rubrykami”. Tyle. Nic więcej. Brak dalszych konkretów. Zamiast tego kolejny raz powtarza, że chodzi o odróżnienie między „istotą” a „zewnętrznym wyrazem”. Dlatego znowu zasadnicze pytanie: dlaczego nie definiuje tej istoty czy przynajmniej nie nazywa po imieniu? Pozostawienie tak zasadniczego i poważnego zarzutu bez jednoznacznego określenia i bez wskazania choćby przykładów (oprócz haniebnej wg niego wierności rubrykom) jest zabiegiem wręcz nikczemnym. Jedyną wskazówką, o co chodzi, jest kolejne określenie liturgii jako „spotkania z Bogiem”. Czy to wystarczy? Oczywiście nie wystarczy. Po pierwsze nikczemne jest utożsamianie wierności rubrykom z bałwochwalstwem. Po drugie fałszywe jest przeciwstawianie jej „spotkaniu z Bogiem”. Po trzecie samo wyrażenie „spotkanie z Bogiem”, które pełni funkcję nie tylko głównego argumentu lecz także quasi definicji liturgii, jest określeniem bardzo wieloznacznym, nieteologicznym, jedynie potocznym, które w tym temacie można zarówno – pod pewnymi warunkami precyzującymi – przyjąć jak też całkiem zasadnie odrzucić. Wynika z tego, że x. Grygielowi wcale nie chodzi o pouczenie czy korektę doktrynalną czy chociażby pastoralną, lecz jedynie o uderzenie w tych, którzy w jego opinii bałwochwalczo traktują liturgię i rubryki. No cóż, tak ogólnikowe a zarazem zdecydowane oskarżanie kogoś o publiczne i programowe grzeszenie przeciw pierwszemu przykazaniu nie ma nic wspólnego z rzetelną polemiką, czy już chociażby z przyzwoitością wypowiadania się.

Ta sytuacja wymaga oczyszczenia, bo powoduje ona szereg niepotrzebnych napięć, a to nie robi nam dobrej wizytówki. Ruch Tradycji będzie sobie musiał poradzić z tym i przybrać dojrzałą formę. Potrzeba mu jeszcze okrzepnięcia, istnieje potrzeba refleksji i zwrócenia uwagi na elementy rzeczywiście istotne i nabrania dystansu do rzeczy mało ważnych i drugorzędnych.

Jest to następne, wręcz maniakalne powtórzenie mglistego i przez to perfidnego postulatu odróżniania „elementów istotnych” od „rzeczy mało ważnych i drugorzędnych”. Postulat „nabrania dystansu” do tych ostatnich i tym samym „przybrania dojrzałej formy” przez „Ruch Tradycji” staje się tutaj o tyle groźniejszy, że powiązany zostaje z wymaganiem „oczyszczenia”. Nie jest jasne, czy chodzi o oczyszczanie liturgii z „rzeczy mało ważnych”, czy z rubryk, czy z ludzi, którzy dbają o wierność wobec nich. W każdym razie groźba jest poważna. Czas pokaże, co ona konkretnie oznacza, tzn. jakie konsekwencje spotkają tych, którzy nie pasują do x. Grygielowego programu „uwspółcześniania” liturgii tradycyjnej. Straszenie niedobrą wizytówką wskazuje zapewne na główny temat postulowanej przez niego „refleksji”. Nieuchronnie nasuwa się pytanie: które rubryki x. Grygiel uważa za zbędne czy wręcz szkodliwe dla „przeżycia religijnego”? Czy może chodzi już o rubryki jako  takie? Czymże liturgia tradycyjna różniłaby się od „charyzmatycznej” spontaniczności i swawoli typowej dla modernistów, wrogów Tradycji katolickiej? Czyż nie właśnie stały porządek i dyscyplina stanowią o specyficznej, akurat istotnej dla liturgii tradycyjnej obiektywności i pociągającej powszechności?

Sądzę, że wtedy pokażemy się jako ruch wartościowy, w pełni zreflektowany i umiejący podjąć efektywny dialog ze współczesnością. Nie możemy zlekceważyć tego dialogu. Jeżeli się zamkniemy w getcie rekonstrukcji – zginiemy. Minie pokolenie, minie zachwyt – i koniec.

Tutaj x. Grygiel przemawia już uroczyście w imieniu „Ruchu Tradycji”. Ciekawe na jakiej podstawie i z czyjego upoważnienia. I na jakiej podstawie zarzuca brak dialogu ze współczesnością oraz – ponownie – zamykanie się w „getcie rekonstrukcji”. Nadal brakuje określenia tych poważnych zarzutów, choć właściwie wystarczyłoby przyznać się do własnych błędów, skoro przemawia się w pierwszej osobie liczby mnogiej. Nic ze tego. Widocznie takie ogólnikowe opluwanie i łajanie ma załatwić sprawę, oczywiście przy zachowaniu własnej niekwestionowanej autorytatywności. Ciekawa jest ponadto następna groźba (po domaganiu się oczyszczenia jak wyżej): widmo „zginięcia”, wymarcia wraz z pokoleniem. No cóż, już nawet taki nonsens w międzyczasie nie jest w stanie zaskoczyć. Nie wiadomo wprawdzie, kogo ma na myśli, mówiąc o „pokoleniu”. Sam należy do pokolenia wychowanego na NOMie, podobnie jak większość wiernych, którym posługują xięża przywiązani do Tradycji, a jest to głównie młodzież i młode rodziny. Kto miałby więc wyginąć, przeminąć? Logiczne jest, że przemija to, co jest modą jednego pokolenia. Czyżby x. Grygiel uważał – jak większość modernistów – jakoby zainteresowanie i zachwycenie liturgią tradycyjną było jedynie przejściową modą? Na jakiej podstawie? Czyż to nie on właśnie postuluje dopasowanie tej liturgii do współczesności? Czyż nie zauważa właśnie w takim zabiegu zgubnego związania liturgii z przemijającą jednopokoleniową modą? Ktoś tu albo nie potrafi w sposób uporządkowany i logiczny myśleć, albo świadomie miesza i kręci.

Nie można trzymać się kurczowo schematów, które mają często charakter czysto kulturowy i historyczny, właściwy mentalności danego okresu. Czasy się zmieniły, ludzie myślą inaczej i mam wrażenie, że ta tradycyjna liturgia ma jeszcze dużo do pokazania, w momencie w którym przestaniemy absolutyzować zmienne elementy. Chociażby kwestie strojów liturgicznych, czy ornat rzymski czy ornat gotycki, czy krótsza koronka czy dłuższa.

To jest najbardziej konkretny i jasny fragment wypowiedzi. Czy stanowi to rozwiązanie stałej zagadki, pomówień i oszczerstw? Nie. Wręcz przeciwnie. Nie wiem, z jakimi wiernymi x. Grygiel ma do czynienia na co dzień. Nie wiem, kogo konkretnie ma na myśli. Nie wykluczam, że są ludzie, dla których istotny jest kształt ornatu czy długość koronki. Jednak pewne jest, że podanie tych spraw jako jedynych konkretnych przykładów na rzeczy „nieistotne” i wymagające korekty jest po pierwsze podłą karykaturą środowiska, dla którego x. Grygiel pracuje i które go chyba utrzymuje, po drugie niemniej podłym unikaniem skonkretyzowania zarzutów i kluczowego postulatu.

Tu potrafi dochodzić do bardzo niezdrowych napięć w sposób zupełnie nieuzasadniony. Ten materialny aspekt liturgii powinien pełnić rolę służebną, być funkcją liturgii, bo tylko wtedy mamy do niego właściwy dystans. Wydaje mi się, że niestety sporo jest głosów, które ku mojemu zatroskaniu cały czas absolutyzują te elementy w liturgii, których nie wolno absolutyzować. Kwestie zewnętrzności, stroju, przesadna interpretacja rubryk… To ma być duch liturgii, a nie czysty rubrykalizm. Wówczas bogiem się nam staje sama liturgia, a nie Ten do kogo liturgia ma prowadzić. To jest mój największy zgrzyt i mówię o nim otwarcie.

Kolejne powtórzenie wypowiedzianych już zarzutów, z nieznaczącym rozszerzeniem. No cóż, styl wypowiedzi mało typowy i raczej niechlubny dla przyrodnika, który powinien się odznaczać logicznością i uporządkowaniem wypowiedzi. I nadal typowy brak konkretów, właściwie haniebny dla kapłana i naukowca w kontekście tak poważnego zarzutu jak bałwochwalstwo. Zwykła przyzwoitość, niezależnie od aspiracyj intelektualnych, wymagałaby podania przykładów „absolutyzowania elementów, których nie wolno absolutyzować”. O kształcie ornatu i długości koronek już wiemy. Coś jeszcze? Można się domyślać na podstawie szerszego kontextu i faktów towarzyszących. Zapewne należy te słowa kojarzyć z faktami powszechnie znanymi, jak chociażby z celebracją pontyfikalną w lutym br., gdzie główną rolę – oprócz Kardynała L. R. B. odgrywał właśnie x. Grygiel wraz ze swoimi przyjaciółmi zaproszonymi przezeń z rodzinnego Wrocławia. Nasuwa się tutaj pytanie odnośnie tego przykładu: kto zgrzeszył bałwochwalczym podejściem do „elementów” zewnętrznych i rubryk – jego przyjaciele ceremoniarze świeccy przybrani w prałackie sutanny, czy ci, którzy upomnieli się o przestrzeganie rubryk także w tej sprawie? Czy za podejście bałwochwalcze x. Grygiel uważa wskazanie na skandaliczne niedbalstwo odnośnie świec na ołtarzu przy równoczesnej dbałości jego głównego ceremoniarza – przezeń uroczyście po nazwisku od ołtarza pochwalonego – o fioletowe pończochy? Wyjaśnienie tej kwestii x. Grygiel jest winien wiernym i wszystkim czytelnikom tego wywiadu.

Tymczasem na kanwie wydarzeń można zasadnie przypuszczać, że celem tych zagadkowych oskarżeń jest usprawiedliwienie tego, co praktykuje sam x. Grygiel i jego przyjaciele. A są to ewidentne poważne wykroczenia zarówno przeciw rubrykom (świeccy ceremoniarze biskupi), jak też przeciw zasadom liturgii tradycyjnej (świecki żonaty „akolita” w roli subdiakona). Na podstawie dotychczasowych wypowiedzi i zachowania tego grona można wnioskować, że właśnie o tego typu „unowocześnianie” chodzi. Jest zrozumiałe, że nie wypada mu tego powiedzieć wprost. Przypuszczalnie chętnie zachęcałby ogólnie do tego typu nadużyć na szerszą skalę, oczywiście publicznie jedynie ogólnikowo i enigmatycznie, zaś w praktyce już dość konkretnie. Wiedząc, że zakorzenione nadużycie dość trudno wykorzenić. Stąd właśnie nikczemne oskarżanie o „bałwochwalstwo” tych, którzy by się sprzeciwili jego „unowocześnieniom” służącym rzekomo „przeżyciu religijnemu”.

Przy końcu wywiadu tematyka się poszerza, aczkolwiek nawiązuje do wcześniejszych wypowiedzi:

Spór nauka – wiara z reguły nie jest sporem o pryncypia. Spór nauka-wiara jest wynikiem tego, że każda ekspresja teologiczna zakłada to, że operujemy pewnym językiem, który angażuje pojęcia uwikłane w kontekst obrazu świata, w kontekst kultury. Nie ma języka teologicznego, który jest absolutnie wolny od kontekstualności. W związku z tym konflikt nauka wiara nie powstaje na płaszczyźnie prawd teologicznych, ale na gruncie konfliktu obrazów, które w  ekspresję tych prawd są zaangażowane. Mamy przykładowo od dawna toczący się konflikt kreacjonizm – ewolucjonizm. Proszę sobie choćby jednak przypomnieć, w jakich tarapatach znalazł się św. Tomasz z Akwinu, kiedy usiłował zastąpić neoplatonizm arystotelizmem. Okazało się potem, że to było doskonałe narzędzie, które przysłużyło się do olbrzymiego rozwoju teologii.

Jest to wypowiedź jedynie pozornie bardziej rzeczowa. Faktycznie wykazuje niestety ten sam problem przynajmniej metodologiczny. Wyjaśniam w skrócie:

1. Nie ma sporu między nauką a wiarą. Natomiast był często i nadal jest spór między teologią a naukami przyrodniczymi. To chyba x. Grygiel ma właściwie na myśli. Teologia jest także nauką (wg klasycznej koncepcji nawet królową nauk). Wierzącymi są tak teologowie (z reguły) jak i przyrodnicy. Zaś redukowanie naukowości do przyrodnictwa jest zarówno nienaukowe jak też ahistoryczne, tudzież wbrew elementarnym zasadom metodologii nauk.

2. Spór między teologią a naukami przyrodniczymi z reguły ma charakter zasadniczy czyli sporu o pryncypia. Chodzi mianowicie o granice kompetencji, czyli zasady metodologiczne oraz odnośnej refleksji. Oczywiście wchodzi tutaj dziedzina gnozeologii czyli teorii poznania. Wszak nagminnym grzechem przyrodników jest absolutyzowanie własnej metody, co jest już czysto filozoficznie absurdalne. To jest też zwykle przyczyna i korzeń konfliktu na linii teologia-przyrodnictwo.

3. Upatrywanie przyczyn konfliktu akurat i wyłącznie po stronie teologii (w historycznie uwarunkowanym, względnym języku „ekspresji teologicznej”) jest typowe dla stronniczości i uwikłania w zabobony przyrodnictwa. Aczkolwiek od kogoś, kto powinien mieć przynajmniej jakieś pojęcie o teologii katolickiej, należałoby się spodziewać choćby krzty krytycyzmu wobec tego, co się działo i dzieje po stronie przyrodnictwa. Tymczasem wg x. Grygiela to teologia jest „uwikłana w kontekstualność”, natomiast przyrodnictwo jest instancją nadrzędną, wręcz absolutną… Coś takiego może powiedzieć poważnie tylko ktoś uwikłany w zabobon redukcjonizmu.

4. Pewną relatywizacją rangi przyrodnictwa jest chyba wyrażenie „konflikt obrazów”. Czyżby wg x. Grygiela także przyrodnictwo poruszało się jedynie w dziedzinie obrazów, a nie poznania rzeczywistości?

5. Zupełnym pomieszaniem różnych kwestij jest mówienie jednym cięgiem o kontextualności teologii, sporze między kreacjonizmem i ewolucjonizmem, oraz arystoteliźmie w teologii. Sprawia to wrażenie kiepskiej znajomości zarówno zasad teologii katolickiej, jak też historii teologii i filozofii. Ponadto x. Grygiel wykazuje tutaj  brak kompetencji już nawet w temacie kreacjonizmu, zakładając widocznie, że kreacjonizm należy do dziedziny teologii, tak jakby nie było – zarówno na przestrzeni wieków jak też obecnie – przyrodników reprezentujących kreacjonizm z pozycji i wg metody ich dziedziny naukowej.

6. Zdanie o kontextualności teologii należy zapewne powiązać z wypowiedzią x. Grygiela w wywiadzie z T. Terlikowskim. Wówczas pojawiły się następujące skandaliczne tezy:

  • Odnośnie cudów: to, co dziś Kościół uważa za cuda, może zostać w przyszłości wyjaśnione fizykalnie czyli przyrodniczo.
  • Odnośnie Eucharystii: nie można wykluczyć, że dogmat o Transubstancjacji będzie można kiedyś zastąpić „lepszym” określeniem, bo ów dogmat jest uwikłany kontextualnie w pojęcie substancji, które może zostać obalone naukowo.

Tymi tezami x. Grygiel wykazał się nieznajomością, niezrozumieniem, bądź odrzuceniem elementarnych pojęć teologii katolickiej, dotyczących niezbywalnych prawd wiary, także nawet Zmartwychwstania.

7. Niemniej absurdalne jest zrównanie postępu poznania w naukach przyrodniczych z posłużeniem się arystotelizmem w teologii (od św. Tomasza). Prawda historyczna jest taka, że już Ojcowie Kościoła posługiwali się pojęciami z filozofii arystotelesowskiej (w powszechnej wówczas recepcji neoplatońskiej). Pojęcie substancji (ousia) posłużyło jako narzędzie dogmatyczne już na pierwszym soborze powszechnym, co też nigdy nie straciło na aktualności. Czym innym jest posługiwanie się pojęciami wypracowanymi przez filozofów, a czym innym teologiczna (czy filozoficzna) refleksja nad wynikami nauk szczegółowych jak przyrodnictwo. Już nawet pobieżna znajomość historii nauk przyrodniczych i filozofii wyposaża we wiedzę, że nauki szczegółowe wychodzą z założeń, których same nie mogą dowieść, lecz które są im dostarczane czy to przez powszechne ludzkie przeświadczenie, czy przez naukę ogólną jaką jest filozofia. Tym samym w ramach czystej metody przyrodniczej (czy historycznej gdy chodzi o nauki historyczne) nie ma możliwości obalenia podstawowych pojęć metafizyki lub zastąpienia ich zupełnie nowymi. Jest owszem możliwe pogłębianie i precyzowanie znanych już pojęć, ewentualnie dodawanie nowych na podstawie poszerzonego poznania. Nie jest natomiast możliwe prawdziwe poznanie rzeczywistości sprzeczne z dotychczasowym poznaniem prawdziwym. Teza przeciwna jest niczym innym jak sprzecznym w sobie agnostycyzmem i relatywizmem.

Odnośnie końcowych tez x. Grygiela, odwołujących się do pojęć i koncepcyj przyrodnictwa, nie będę się wypowiadał, gdyż nie jest to moja dziedzina. Wspomnę jedynie, że jako teolog stykający się dyletancko także z literaturą przyrodniczo-naukową, mam wątpliwości, czy tezy głoszone przez x. Grygiela jako przyrodnicze, rzeczywiście odpowiadają fachowej wiedzy fizykalnej.

Powyższa analiza tez teologicznych prowadzi niestety do następujących podsumowujących wniosków: Ta wypowiedź wykazuje brak znajomości bądź przynajmniej zrozumienia elementarnych pojęć i zasad teologii katolickiej, począwszy od pojęcia nadprzyrodzoności, poprzez naturę i istotę sakramentów i liturgii, aż po rozumienie natury i metody teologii jako nauki. Już samo podejście zarówno do zagadnień teologicznych jak też problemów pastoralnych jest niestety – przykro to stwierdzić – skandaliczne. Pozostaje mi wyrazić życzenie, by x. Grygiel zaprzestał tego typu wypowiedzi stanowiących kompromitację nie tylko jego osoby, lecz także zgromadzenia, które on w Polsce reprezentuje. Na takową kompromitację owo zgromadzenie nie zasługuje.

/-/ x. dr Dariusz J. Olewiński


 

INFO OD REDAKCJI:

Jeżeli x. dr Wojciech P. Grygiel zechce odpowiedzieć na powyższy artykuł i tym samym wejść w polemikę z x. dr. Dariuszem J. Olewińskim, to już teraz zapewniamy, że udostępnimy nasze łamy x. dr. Grygielowi.

Dodaj komentarz

Loading…

[POLSKA] WARSZAWA: ZA X. JACKA MIĘDLARA MODLIĆ SIĘ NIE WOLNO – KOLEJNY ZAKAZ MSZY ŚW. W INTENCJI KAPŁANA

[USA] NAUKOWCY UDOWADNIAJĄ: LUDZKIE ŻYCIE ZACZYNA SIĘ W MOMENCIE ZAPŁODNIENIA