w

[KOŚCIÓŁ] x. dr Dariusz J. Olewiński: Paradoxalne pontyfikaty

Jan Paweł II oraz Benedykt XVI
Jan Paweł II oraz Benedykt XVI

Historia potrafi być niekiedy bardzo paradoxyjna. Taka lekko historiozoficzna refleksja nasuwa mi się, gdy słyszę uszczypliwe uwagi Rodaków odnośnie Niemca na Stolicy Piotrowej. Jedną z pierwszych było powiedzenie z uśmieszkiem przez jednego z pracowników Kurii Rzymskiej, że za nowego pontyfikatu powinne lepiej się układać relacje między Watykanem a Patriarchatem Moskiewskim, bo Niemiec z Niemcem się dogada. Przebywając w Polsce stosunkowo rzadko zdarza się mi słyszeć wprost tego typu uwagi. Dość często jednak zauważam “między wierszami” pewien choćby nawet lekki sarkazm, gdy jest mowa o obecnym Papieżu w choćby niewyraźnym tle “polskiego Papieża”. Wątek ten pojawia się łatwo w obecności xiędza sprawującego od święceń, a więc pośrodku wojtyliańskiego pontyfikatu, liturgię tradycyjną, która to dopiero dzięki następcy zyskała status oficjalny z zaznaczeniem niemal całkowitego równouprawnienia. Ci, którym nie podoba się ta “nowość”, chętnie posługują się powszechnym wśród Polaków połączeniem niezrozumienia i ironii wobec Niemców. Wszak żywo ma się w pamięci spektakularno-spontaniczny styl Rodaka, znacznie odległy od “obcości” sztywnych rytuałów łacińskich.

Paradoxalność historii przychodzi mi na myśl, gdy przejeżdżam na tej samej trasie zarówno  blisko miejsca urodzenia Benedykta XVI, jak też przez zaledwie kilkanaście kilometrów oddalone miejsce urodzenia Hitlera. Nigdy bym nie przypuszczał, że mógłbym być tak blisko chociażby geograficznych pamiątek historii Kościoła i świata. Przychodzi mi wtedy na myśl los młodego Karola Wojtyły w okresie okupacji niemieckiej – tragiczne przerwanie studiów, ukrywanie się, praca w kamieniołomach, nauka w tajnym seminarium. Znam też miejsca, o których pisze w swojej autobiografii kardynał Ratzinger odnośnie okresu wojny i po nim. Znów tak blisko miejsc i wydarzeń historycznych, zupełnie nie planowawszy i nie zamierzając.

Przychodzą mi na myśl teologiczni mistrzowie tych dwóch papieży: Ojciec R. Garrigou-Lagrange OP, pod którego opieką młody xiądz Wojtyła napisał w Rzymie rozprawę doktorską, a równocześnie x. G. Söhngen, profesor w Monachium, u którego młody x. J. Ratzinger opracował zarówno pracę doktorską jak też habilitacyjną, który był więc dla niego zarówno mistrzem jak też promotorem. Francuski dominikanin, działający głównie w Rzymie, jest autorem zarówno wielu podręczników teologii, jak też twórczych syntez i pism apologetyczno-polemicznych skierowanych głównie przeciw modernizmowi. W pismach tego drugiego profesora można spotkać dość kąśliwe uwagi odnośnie teologii tego pierwszego. Czyż nie jest paradoxem historii, że najsłynniejsi uczniowie tych dwóch zwalczających się profesorów nie tylko cenili siebie nawzajem w dziedzinie teologii, lecz ściśle współpracowali i obydwaj zostali papieżami?

To nie koniec paradoxów. Z różnych źródeł wiadomo, że wynik konklawe z października 1978 r. był głównie dziełem kardynałów niemieckojęzycznych. Kardynał F. König z Wiednia w kilku wypowiedziach przypisał sobie wręcz kluczową rolę w wyborze kardynała z Polski. Wybór ten był zaskoczeniem przede wszystkim dla nas Polaków. Któż ośmielałby się marzyć o Rodaku na Stolicy Piotrowej? Natomiast wpływy biskupów i teologów niemieckich w Rzymie od dawna nie były tajemnicą. Już Pius XII miał w swoim prywatnym otoczeniu głównie Niemców. Podczas soboru właśnie grupa niemieckojęzyczna wycisnęła najznaczniejsze piętno zarówno na przebiegu jak też na dokumentach soborowych. Te oczywiste, aczkolwiek w Polsce mało znane i zauważane okoliczności, znalazły ostatnio wyraz w dumnym tytule wystawy zorganizowanej niedawno w Monachium z okazji 50-lecia rozpoczęcia soboru, prezentującej tutejsze archiwalia z tamtego okresu: “Tajna stolica soboru”.

W Polsce sobór i jego zastosowanie było wpierw kojarzone z postacią Prymasa Tysiąclecia, lecz obecnie w potocznej interpretacji oraz kojarzeniu przeważa pontyfikat polskiego papieża, a to nie głównie w nauczaniu, lecz przede wszystkim w gestach, symbolach i w praktyce. To, co jest znane jako “janowopawłowe”, traktowane jest jako norma, jako “nasze”. Ma to miejsce zwłaszcza w dziedzinie najbardziej codziennej życia Kościoła, tzn. w liturgii. Nie neguje się wprawdzie raczej, że liturgia obecnego pontyfikatu jest bardziej uporządkowana i estetyczna. Jednak zakwestionowie czy krytyka stylu wojtyliańskiego odbierane jest przeważnie niemal jak bluźnierstwo tym groźniejsze, że godzi w świętość jakby narodową.

W pewnym stopniu nie jest to dziwne. Od dziesięcioleci istnieje swoisty kult “największego z rodu Polaków”. Wymaga tego już chociażby duma narodowa. W połączeniu z faktem, iż chodzi równocześnie o głowę Kościoła, czyli osobę najważniejszą dla katolika, powstaje postać na miarę – można spokojnie powiedzieć – tysiącleci, chociażby w znaczeniu prawdopodobieństwa statystycznego. Taka jest potoczna perspektywa przeciętnego katolika polskiego. Głębsze, zwłaszcza teologicznie przenikliwsze spojrzenie katolickie musi tutaj dokonać pewnych uzupełnień i poprawek. Pomijając cześć przysługującą świętym (po dokonaniu kanonizacji), konieczne jest zwrócić uwagę na właściwość stosunku katolika do papieża nie jako danej osoby, lecz jako Następcy św. Piotra. Na to generalne rozróżnienie wskazuje chociażby fakt, że większość papieży nie jest kanonizowana, w tym także tacy wybitni jak Benedykt XIV czy Pius XI. Trzeba przyznać, że w Polsce, ze zrozumiałych względów, papieżem najbardziej czczonym, i to od samego początku pontyfikatu, był Rodak na Stolicy Piotrowej. Jest wiele krajów i narodów, które ceniły i nadal cenią i lubią papieża Polaka, zarówno jako osobę jak też jako Pasterza. Paradoxalnie ten specyficzny kult motywowany jest głównie tym, co u tego Papieża było nadzwyczajne, wyjątkowe, wynikające z osobowości, nie tyle z urzędu, aczkolwiek w urzędzie i głównie poprzez urząd ukazane czy wręcz wystawione publicznie. Tak zwłaszcza w Polsce ukształtował się specyficzny kult osoby, który jest w stanie potwierdzić czy uzasadnić zarzut zawarty we właściwie obraźliwym określeniu katolików jako “papistów”. Niektórzy mówią wręcz o wojtylianiźmie. Czyż nie jest to paradox, szczególnie gdy biorąc pod uwagę, że Jan Paweł II był bezprzykładowo “ekumeniczny”, czyli dotychczas niebywale otwarty na niekatolików, także w uwzględnianiu ich zarzutów i krytyki wobec katolicyzmu. Czyż swoista “papolatria” nie stoi w sprzeczności z zamysłami i dążeniami samego papieża, tym bardziej “soborowego”? Nie można się dość często oprzeć wrażeniu przesady w co niektórych formach okazywania czci i przywiązania, uczuciowo i w sensie dumy narodowej może niejako nawet zrozumiałych, lecz obiektywnie przynajmniej problematycznych chociażby z tego powodu, że dostarczają amunicji wrogom katolicyzmu czy prowadzą wprost do ośmieszenia. W każdym razie paradoxalne jest to zespolenie papalizmu z ekumenizmem (który jest z natury swej papokrytyczny) w wojtylianiźmie, którego dobitnym wyrazem jest  to, co nazwane zostało symbolicznie “Kościołem łagiewnickim”.

Oczywiście w tym określeniu (separującym od “Kościoła toruńskiego”) zawarta jest próba dzielenia Kościoła w Polsce, zapewne według zasady “divide et impera”. Taki podział jest przesadny, aczkolwiek nie jest bezzasadny, podobnie jak zasadne jest odróżnianie PO od PiS, chociaż nie można poważnie twierdzić, że są to stanowiska prawdziwie biegunowe i ogarniające w sumie całość społeczeństwa. W dziedzinie życia kościelnego zaszedł mianowicie ten paradox, że jest nowy papież, a to akuratnie Niemiec, i to wypromowany przez papieża Polaka. Paradoxalność potęguje się, gdy zauważymy, iż wraca chociażby w liturgii do starych “przedsoborowych” szat, rekwizytów i zwyczajów, co tym bardziej może dziwić, że jest to pierwszy papież wyświęcony na biskupa według zreformowanych “posoborowych” obrzędów. Jest to tym bardziej dziwne dla kogoś, komu jest znane, że cała tzw. posoborowa reforma liturgiczna ma swoje korzenie w experymentach, które – w ramach ekumenizmu z protestantami – zaczęły się właśnie w Niemczech, i że decydujący wpływ na przebieg soboru i jego dokumenty mieli właśnie biskupi i teologowie niemieccy, do których należał młody profesor x. Ratzinger.

/-/ x. dr Dariusz J. Olewiński
(2013 https://sacdjo.wordpress.com/)

[ROZWAŻANIA] TAJEMNICA PŁODNOŚCI – x. dr Dariusz J. Olewiński

[WŁOCHY] FRANCISZKANIE NIEPOKALANEJ OPUSZCZAJĄ TERAMO – DALSZE DZIEŁO ZNISZCZENIA o. VOLPIEGO