w

[ROZWAŻANIA] PROSTOTA WIARY – x. dr Dariusz J. Olewiński

uzdrowienie-niewidomego

Niedziela III Przedpościa (Quinquagesima)

Łk 18, 31-43

Potem wziął Dwunastu i powiedział do nich: «Oto idziemy do Jerozolimy i spełni się wszystko, co napisali prorocy o Synu Człowieczym.  Zostanie wydany w ręce pogan, będzie wyszydzony, zelżony i opluty; ubiczują Go i zabiją, a trzeciego dnia zmartwychwstanie». Oni jednak nic z tego nie zrozumieli. Rzecz ta była zakryta przed nimi i nie pojmowali tego, o czym była mowa. Kiedy zbliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi.  Wtedy zaczął wołać: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: «Co chcesz, abym ci uczynił?» Odpowiedział: «Panie, żebym przejrzał». Jezus mu odrzekł: «Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu.

Można zasadnie zapytać, czy powinniśmy zazdrościć muślimom. Ich wyznanie wiary (szahada) zawiera się w jednym prostym zdaniu. Wystarczy jego wypowiedzenie, żeby stać się członkiem wspólnoty muślimskiej. Tak więc bardzo łatwo w nią wejść, chyba najłatwiej spośród wszystkich wyznań religijnych, choć za jej opuszczenie grozi kara śmierci.
W najnowszej historii teologii katolickiej zaistniał postulat tzw. krótkich formuł wiary, które miałyby ułatwić bycie (niby) katolikiem w podwójny sposób: przez skrócenie wyznania “wiary” i przez indywidualne tegoż wynajdywanie. Głośny i modny niegdyś postulat w międzyczasie ucichł, właściwie zapomniany. Głównie dlatego, że także krótka formuły wiary zakłada jakąś wiarę, którą miałaby streszczać. Wiadomo także z życia codziennego, że ciągłe skracanie, zwłaszcza dla samego skracania, prowadzi z reguły do bezużyteczności i wyrzucenia bądź przynajmniej zapomnienia. I słusznie.

Niemniej jednak nie da się zaprzeczyć, że w Ewangeliach spotykamy bardzo wiele przykładów wiary, a także niewiary, o których nie wiemy wiele oprócz okoliczności, w których występują, oraz wyrazów, a to z reguły dość krótkich. Nie można zupełnie wykluczyć, że te przykłady były jakąś, chociażby odległą inspiracją dla wspomnianego postulatu. Dlaczego więc Kościół zawsze wymagał od kandydytów do Chrztu świętego wyjątkowo mozolnego przygotowania zarówno co do wiedzy jak też co do praktyki życia? Dlaczego sformułował dość obszerne Credo, którego wyuczeniem się gnębi już dzieci pierwokomunijne i które każe powtarzać regularnie w liturgii? Czy ma to coś wspólnego z wiarą, którą wielokrotnie pochwala sam Jezus Chrystus w Ewangeliach?

Chrystusowe pochwały wydają się zarówno zrozumiałe, jak też poniekąd pochopne. Można by nawet powiedzieć, że właściwie każdy, kto szczerze prosi Boga o jakąś łaskę, chociażby zdrowia i uzdrowienia, zasługiwałby na pochwałę Chrystusową. Rzeczywiście Pan Jezus zachęca do ufnego proszenia Boga w troskach, potrzebach i tragediach życiowych. Sam Bóg jest w stanie ocenić, czy i jaka wiara jest zawarta w naszych modlitewnych prośbach i wołaniach. Także tylko Bóg sam daje i ocenia skuteczność naszych modlitw.

Ewangelie opowiadają nam niemal wyłącznie przykłady wysłuchanych próśb skierowanych do Jezusa. Jedynie na marginesie jest wzmianka o tym, że w swojej ojczyźnie “nie mógł zdziałać cudu” i że “dziwił się ich niedowiarstwu” (Mk 6, 5-6). Osobista ludzka zażyłość zdawała się być właśnie przeszkodą dla cudów i przyczyną braku wiary. Zaś wiara w Ewangeliach oznacza zawsze zaufanie w Boską moc Jezusa – tego Mistrza, który przemierzał Palestynę i nauczał.
A czynił to otoczony uczniami, których wybrał na najbliższych świadków swego codziennego życia, nauczania i działalności, po to, żeby po Jego odejściu do Ojca uczyli ludzi wiary w Niego. Najpierw jednak ci uczniowie sami musieli uwierzyć, stać się wierzącymi. A to nie staje się raz na zawsze, lecz jest stałym wyzwaniem, które oczywiście bazuje na dokonanych już doświadczeniach i wyborach.

Ci, którzy chodzili z Jezusem, byli z pewnością w jakimś sensie wierzącymi. Któż rozsądny zostawiłby dom, rodzinę, pracę itd. bez wystarczającego powodu? Tym powodem musiało być przynajmniej rozpoznanie, że mają do czynienia z kimś wyjątkowym, przynajmniej prorokiem – posłańcem Bożym, może nawet z oczekiwanym Mesjaszem – Namaszczonym przez Boga. To poznanie, chyba nawet pewność jest podłożem niezrozumienia, gdy Jezus mówi o swojej Męce, także o Zmartwychwstaniu. Ewangelista mówi, że NIC z tego nie rozumieli. Nie rozumieli zapowiedzi Męki, bo przeczyła ona oczekiwaniom i wyobrażeniom o Mesjaszu. Nie rozumieli zapowiedzi Zmartwychwstania, choć widzieli cuda wskrzeszenia z martwych. To niezrozumienie było nie tyle kwestią intelektu (aczkolwiek też), co raczej tego, co się nazywa otwartością serca, gotowością przyjęcia czegoś niespodziewanego, co nie tylko wykracza poza oczekiwania, lecz może być i jest bolesne, może nawet wydawać się nie do zniesienia.

Jezus zapowiadał uczniom cierpienie duchowe, psychiczne w związku z Jegu Męką, i wymagał też wiary w Jego Zmartwychwstanie. Ich niezrozumienie było obroną przed spełnieniem się tej zapowiedzi, a nawet przed samą zapowiedzią, która już jako zapowiedź była bolesna, także jako zdruzgotanie ich oczekiwań, wyobrażeń, nadziei. Oni przecież oczekiwali Mesjasza, który ustanowi królestwo Izraela, wyzwoli naród i zaprowadzi Boży porządek sprawiedliwości i pokoju. A On mówi im o odzuceniu w Jerozolimie, zabiciu i na dodatek tylko o swoim powstaniu z martwych tak, jakby Go los narodu nie interesował.

Czyż nie dlatego Jezus pyta ślepego przy drodze: co chcesz żebym ci uczynił? Dlaczego Jezus nigdy nie zapytał uczniów: co chcecie żebym wam, żebym narodowi naszemu uczynił? Otóż dlatego, że właściwie tylko każdy z osobna, poszczególna osoba może chcieć, pragnąć, może prosić, nawet jeśli pragnienia, tęsknoty, oczekiwania i prośby są zgodne i równoczesme.

Bóg zbawia każdego z osobna, ponieważ stwarza każdego z osobna. Także tylko każdy grzeszy jako osoba, nawet jeśli dzieje się to najczęściej wspólnotowo, a całemu rodzajowi ludzkiemu wspólna jest zmaza grzechu pierworodnego, który ma swój początek w grzechu poszczególnych osób – pierwszych rodziców.

Dlatego właśnie wiara jest prosta – jako osobiste stanięcie w prawdzie przed Bogiem ze swoimi pragnieniami, a właściwie z tym jedynym najgłębszym pragnieniem, którego pochodną są wszystkie mniejsze i drobne, także całkiem przyziemne pragnienia – pragnieniem widzenia Boga, to znaczy poznania Boga całym sobą, czego symbolem jest widzenie oczami Jego dzieł.

Wielkość i głębia wiary niewidomego żebraka polegała na prostym pragnieniu wyrażonym w usilnym błaganiu, które nie zważało ani na swoje wątpliwości, ani na przeszkody otoczenia.
Jakże zupełnie różne jest to wołanie od muślimskiej szahady i rahnerowskich wymyślonych skrótów! To jest wołanie z prawdy poznania własnej nędzy i bezradności, która skierowuje wszystkie siły i całe pragnienie ku Temu jedynemu, który ma moc i miłość.

Nie zrozumiał Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła ten, kto nie pojął, że taki właśnie jest sens zarówno Jego Męki i Zmartwychwstania, jak też całej instytucji i życia Kościoła. Nie rozumiemy nic z całego Pisma św., z Tradycji, uroczystych wyznań wiary, z pięknej liturgii katolickiej i wspaniałych pism katolickich uczonych i świętych, jeśli nie ma w nas postawy ślepego żebraka spod Jerycha, który wołał nie tylko o światło oczu dla siebie, lecz także o światło wiary dla nas.

/-/ x. dr Dariusz J. Olewiński
(sacdjo.wordpress.com/2015/02/14/prostota-wiary/)

[IRAK]Pierwsza zbrojna grupa chrześcijan przeciw ISIS

[ROZWAŻANIA] CZY BÓG WODZI NA POKUSZENIE? – x. dr Dariusz J. Olewiński